Gawędy znad Modrych Wód.
Stacyjka z bajki... (4)
Na
wystawie tegorocznej w Niżnim Nowgorodzie, w dziale kolejnictwa,
powszechną uwagę zwracał salonowy wagon Cesarski, wystawiony przez
zarząd dr. żel. Warszawsko-Wiedeńskiej, a Najjaśniejszy Pan, zwiedzając
wystawę, najmiłościwiej zezwolić raczył na złożenie go sobie w darze,
jako pamiątkę po Cesarzu Mikołaju I, dla którego wagon ten
został zbudowany i który w nim odbywał podróże pod dr.
żel. Warsz.-Wied. Wagon ten nie odpowiada już wprawdzie obecnym
przepisom bezpieczeństwa ruchu i nie posiada takich nawet wygód,
do jakich przywykli już teraz wszyscy podróżujący kolejami;
stanowi on jednak ciekawy zabytek, jako pierwszy wogóle wagon
salonowy Cesarski.
Tymi, dosyć pompatycznie i wiernopoddańczo brzmiącymi, zdaniami zaczyna
się artykuł zamieszczony w wydawanym w Warszawie miesięczniku
„Przegląd Techniczny” z października 1896 roku, a
poświęcony wagonowi salonowemu, ofiarowanemu carowi Mikołajowi II
podczas trwającej wtedy w mieście Niżny Nowogród wielkiej
„Wszechrosyjskiej Wystawy Przemysłowo-Artystycznej”. To
właśnie tej wystawie zawdzięcza swoje powstanie niezwykła budowla,
która przed dwoma laty trafiła do tomaszowskiego Skansenu Rzeki
Pilicy. O niecodziennej proweniencji i równie osobliwych losach
tego zabytku mówiły już poprzednie odcinki moich gawęd z cyklu
„Stacyjka z bajki…”, zamieszczone w wydaniach TIT z
21 grudnia ub.r. oraz z 22 lutego i 21 marca br.
***
Przypomnę
pokrótce, że ten całkowicie drewniany i misternie zdobiony
obiekt, został zbudowany w 1896 roku przez Szkołę Techniczną Kolei
Warszawsko-Wiedeńskiej w Warszawie jako pawilon ekspozycyjny na
wspomnianą wcześniej wystawę w Niżnym Nowogrodzie (miasto na
wschód od Moskwy przy ujściu Oki do Wołgi). Przeszklony budynek,
zaprojektowany w tzw. stylu uzdrowiskowym i skonstruowany umożliwiającą
transport metodą modułową, pełnił tam rolę pawilonu wystawowego
dyrekcji kolei warszawsko-wiedeńskiej.
Po zakończeniu wystawy w 1897 roku pawilon ten został zdemontowany i
przewieziony na trasę kolei warszawsko-wiedeńskiej. Decyzją
ówczesnego dyrektora tejże kolei Karola Sulikowskiego ustawiono
go na przystanku „Wolbórka” pod Będkowem. Z
pewnością wielokrotnie w tej poczekalni przesiadywał Władysław
Stanisław Reymont, spędzający młodzieńcze lata w pobliskim Jakubowie. W
osadzie tej rodzice przyszłego pisarza - noblisty posiadali młyn wodny
na rzeczce Miazdze, tuż przy jej ujściu do Wolbórki.
W 1925 roku w związku z otwarciem dużej i nowoczesnej szkoły rolniczej
w pobliskim Czarnocinie zmieniono nazwę przystanku na
„Czarnocin”. Podczas II wojny światowej z rozkazu
niemieckich władz okupacyjnych drewnianą poczekalnię przeniesiono na
drugą stronę torów, dostawiając ją do zbudowanego w okresie
międzywojennym murowanego budynku nastawni.
Przez kilka powojennych dziesięcioleci budynek ten nadal pełnił rolę
poczekalni dla pasażerów, lecz wskutek niedostatecznej
konserwacji stopniowo podupadał. Na początku lat 80. XX wieku PKP
planowały zastąpić go typowym pawilonem murowanym. Na szczęście do tego
nie doszło. Decyzją Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków z
29 kwietnia 2002 roku budynek poczekalni z przystanku
„Czarnocin” został wpisany do rejestru zabytków
województwa łódzkiego.
Z dniem 1 stycznia 2004 roku kolej przestała użytkować zabytkową
poczekalnię. Wskutek zupełnego braku opieki i nadzoru w zastraszającym
tempie popadała ona w ruinę. Od zupełnego zniszczenia ocaliły ten
zabytek wspólne starania samorządowych władz Tomaszowa
Mazowieckiego i Skansenu Rzeki Pilicy. Ich rezultatem było podjęcie 27
października 2006 roku przez Wojewódzkiego Konserwatora
Zabytków decyzji o przeniesieniu budynku tej poczekalni do
Tomaszowa Maz. i jej odbudowie w Skansenie Rzeki Pilicy.
Zdemontowanie obiektu i przetransportowanie jego elementów do
skansenu (na koszt PKP) nastąpiło w listopadzie 2006 roku. Odbudowa
budynku, połączona z jego częściową rekonstrukcją i adaptacją do nowych
funkcji, trwała od lipca do końca grudnia 2007 roku. Inwestycja,
sfinansowana ze środków budżetowych miasta Tomaszowa Maz.,
zaowocowała zachowaniem dla potomnych prawdziwej „perełki
architektonicznej” - ściśle związanej z historią Kolei
Warszawsko-Wiedeńskiej i Nadpilicza.
Carska salonka i… tomaszowski kościół
Tak w telegraficznym skrócie można przedstawić dzieje
„wędrującej stacyjki”, która w ciągu 112 lat zdążyła
przejechać kilka tysięcy kilometrów i aż czterokrotnie zmienić
swoją lokalizację. Ale jeszcze kilka lat temu zawarta zarówno w
oficjalnych opracowaniach historycznych, jak też w przekazach
mieszkańców okolic Będkowa i Czarnocina wiedza o jej pochodzeniu
i losach była niepełna i mglista. Dzisiaj można już wypełnić wiele luk
w tej historii. Zastanawia przy tym przedziwny splot nieoczekiwanych
okoliczności i zdarzeń, towarzyszących żmudnej rekonstrukcji historii
tej budowli, prowadzonej przeze mnie od dwóch lat wraz z wydatną
pomocą sporego grona pasjonatów regionalnej historii i
dziejów kolejnictwa.
Należy do niego łodzianin Michał Jerczyński, zapalony miłośnik historii
polskich kolei i wytrawny tropiciel jej nieznanych dotąd
epizodów. Pan Michał, na co dzień pracujący w łódzkim
Zakładzie Gospodarowania Nieruchomościami PKP SA, stał się nieocenionym
wręcz sojusznikiem w rekonstruowaniu dziejów, jak i w
przywracaniu historycznego wyglądu „naszej” poczekalni.
Cechująca go wytrwałość i skrupulatność w odszukiwaniu i badaniu
historycznych źródeł pozwoliła m.in. dotrzeć do cytowanej na
wstępie prasowej relacji o podarowaniu wytwornej „salonki”
carowi Mikołajowi II przez dyrekcję kolei warszawsko-wiedeńskiej
podczas wystawy w Niżnym Nowogrodzie.
Wszystko wskazuje na to, że ustawiono ją na torze dochodzącym do
reprezentacyjnego pawilonu wystawowego popularnej
„wiedenki”. Car zapewne zwiedził go po
„najmiłościwszym” przyjęciu daru, będącego bliską jego
sercu pamiątką po swoim przodku. Warto zatem przyjrzeć się bliżej temu
wagonowi, w czym pomocne będą informacje zawarte zarówno w
cytowanej już relacji z „Przeglądu Technicznego”, jak i w
artykule Wiesława Wojasiewicza pt. „Przejazd”,
zamieszczonym w jednym z wydań pisma „Sygnały” z
początków lat 90. ub. wieku.
W połowie 1847 roku zarząd kolei (warszawsko-wiedeńskiej - dop. A.K.)
otrzymał z Zamku poufną wiadomość, że wkrótce przez teren
Królestwa Polskiego przejeżdżać będzie w drodze do Petersburga
Aleksandra, Fryderyka, Henryka, Paulina, Marianna, Elżbieta księżniczka
Sasko-Altenburska - narzeczona Wielkiego Księcia Konstantego
Mikołajewicza (drugiego syna cara Mikołaja I). Zadaniem kolei miało być
sprawne, wygodne i bezpieczne przewiezienie księżniczki wraz z jej
dworem na trasie od Częstochowy do Warszawy. Było to zadanie ze wszech
miar prestiżowe, gdyż księżniczka podróżując z Altenburga
nieomal cały czas pociągami, miała możliwość porównania poziomu
świadczonych przez Wiedenkę usług z usługami takich sławnych kolei, jak
Sasko-Bawarska, Lipsko-Drezneńska, czy górnośląska. Aby nie
narazić się na niezadowolenie lub wybuch gniewu carskiego,
zaprojektowanie specjalnego na tę okazję wagonu salonowego zlecono
sprawdzonemu już architektowi Henrykowi Marconiemu, twórcy
dworca warszawskiego i kilku innych budynków kolejowych na
trasie do granicy - czytamy w artykule W. Wojasiewicza.
Na marginesie warto wspomnieć o związkach wymienionego przez niego
projektanta carskiej salonki - Henryka Marconiego z naszym miastem i
to, bynajmniej, nie na gruncie kolejowym. Trzeba bowiem wiedzieć, że
ten żyjący w latach 1792-1863 wybitny architekt pochodzenia włoskiego
należał do najbardziej popularnych projektantów gmachów
publicznych i mieszkalnych na terenie ówczesnego zaboru
rosyjskiego. Stworzył wiele wspaniałych budowli zarówno w
Warszawie (w tym - nieistniejącego już dzisiaj gmachu dworca kolei
warszawsko-wiedeńskiej), jak i na prowincji. Był przedstawicielem tzw.
historyzmu, a jego projekty nawiązywały do form rzymskiego antyku oraz
do renesansu. Takie też cechy nosi zachowana do dzisiaj tylna część
tomaszowskiego kościoła pw. św. Antoniego Padewskiego, zaprojektowana
właśnie przez Henryka Marconiego.
Warto w tym miejscu przypomnieć, że pierwszy kościół św.
Antoniego, zbudowany w latach 1862-64 dzięki zapisowi uczynionemu przez
hrabiego Antoniego Ostrowskiego, był o wiele mniejszy od obecnego. Miał
kształt rotundy, zachowanej do dzisiaj w absydzie zamykającej
prezbiterium kościoła od strony północnej. Bryłę kościoła
całkowicie zmieniła jego rozbudowa, dokonana w latach 1888-91 staraniem
ówczesnego proboszcza - ks. Ludwika Zajtza przy wydatnym
wsparciu parafian. Dzięki temu tomaszowska świątynia uzyskała nawę
główną i dwie nawy boczne oraz dwie wieże.
Wróćmy jednak do innego, raczej nietypowego, dzieła Henryka
Marconiego, tj. do cesarskiego wagonu kolejowego. Zaszczyt jego budowy
przypadł warsztatom fabryki machin na Solcu w Warszawie,
administrowanym przez zaledwie 22-letniego wówczas Wilhelma
Eblisa Raua. Konstrukcję podwozia opracowali technicy z
warsztatów kolei warszawsko-wiedeńskiej. W ocenie W.
Wojasiewicza, nie było ono najnowocześniejsze i po kilku latach
eksploatacji trzeba go było całkowicie przebudować. Natomiast pudło
wagonowe mogło się kojarzyć z ogromną szkatułą na biżuterię.
Na ramie z dębowego drewna osadzono ściany z desek mahoniowych z
umieszczonymi wysoko niewielkimi, kwadratowymi oknami. Do ścian
zewnętrznych i dachu przytwierdzone zostały odlane z brązu ozdobne
krawędzie, plakiety z carskimi insygniami i nadokienne zwieńczenia.
Płócienny dach, impregnowany kalafonią, naciągnięty został na
sosnowe krokwie. Do wnętrza wagonu prowadziły od przodu i tyłu dwie
galerie z rzeźbionymi filarkami i poręczami, przeznaczone w czasie
przejazdu dla gwardyjskiej „obstawy”. Pewne wyobrażenie o
wytwornym, reprezentacyjnym wyglądzie tej salonki daje rycina
ilustrująca wspomnianą wcześniej relację w „Przeglądzie
Technicznym” (reprodukcja obok). Jak jednak w niej zaznaczono:
…rysunek oboczny daje zaledwie pojęcie o harmonii całości, gdyż
bogactwa ozdób drobnych, jakie się nie spotyka na wagonach
współczesnych, nie można było uwydatnić.
A jak wyglądało wnętrze tego wagonu? Wzdłuż ścian umieszczono kanapy z
wysokimi oparciami, sięgającymi ponad głowy siedzących. W przejściu
ustawiono długi stół z opuszczanymi klapami. Ponieważ obicia
mebli były czerwone, a wysoko umieszczone (ze względów
bezpieczeństwa) okna nie dawały zbyt dużo światła, to kolor ścian i
sufitu utrzymany był w tonacji białej i złotej. W międzyokiennych
płaszczyznach umieszczono lustra, a słupki ozdobiono złoconymi
kariatydami. Nad stołem zwieszały się dwa żyrandole ze świecami. W
zaokrąglonych kątach salonki uznany dekorator teatrów
warszawskich Antoni Sacchetti namalował cztery panoramy przedstawiające
najsłynniejsze europejskie stacje kolejowe: angielską, francuską,
niemiecką i polską. Co ciekawe, na tę ostatnią wybrano dworzec kolei
warszawsko-wiedeńskiej w Skierniewicach.
Przejazd dworu książęcego i cesarskiego odbył się w terminie i bez
zakłóceń - pisze dalej w swoim artykule W. Wojasiewicz, dodając:
- Projektanci wagonu doznali objawów najwyższej łaskawości, a
zakłady machin na Solcu otrzymały dalsze zamówienia, eliminując
praktycznie z rynku pozostałych warszawskich producentów. Przez
kilka lat salonka ta woziła koronowane głowy, w tym dwukrotnie -
cesarza Austro-Węgier Franciszka Józefa odwiedzającego cara
Mikołaja I podczas jego wizyt w Warszawie. Jednakże brak wygód,
a zwłaszcza toalety i ogrzewania, spowodował, że dyrekcja
„wiedenki" zamówiła dwa nowocześniejsze dworskie wagony
reprezentacyjne. Stare mahoniowe pudło coraz rzadziej wyruszało na
kolejowy szlak. Z czasem, po zdjęciu ozdób i wymianie podwozia,
z wygodnych kanap w starym wagonie podczas swoich podróży
służbowych zaczęła korzystać dyrekcja tej kolei. Na długim stole
rozkładano wtedy na zmianę plany linii kolejowych, lub karty do
gry…
Los ponownie uśmiechnął się do stareńkiej salonki w 1896 roku, kiedy to
dyrekcja kolei warszawsko-wiedeńskiej uczyniła z niej dar dla
ówczesnego władcy rosyjskiego imperium - cara Mikołaja II.
Wcześniej jednak należało go poddać pieczołowitej odbudowie.
Towarzyszące temu zabiegi tak opisano na łamach „Przeglądu
Technicznego”: Z wielu oznak można wnosić, że wagon ten nie
podlegał ani razu gruntownej naprawie, a tylko z czasem, gdy przestał
odpowiadać potrzebom wagonu Cesarskiego, został przerobiony na zwykły
salon przez odjęcie wielu ozdób, które jednak ocalały i
pozwoliły doprowadzić go do stanu pierwotnego podług dawnego rysunku, a
w drobnych szczegółach podług wskazówek osób,
które pamiętają go jeszcze w pierwotnej postaci, jak np. p.
Józef Wenda, były mechanik wagonowy, obecnie emeryt, i p.
Greczmajer, który pracował wówczas jako lakiernik we
wspomnianej fabryce Solec. Prawdopodobnie podczas owej przeróbki
zmieniono również zawieszenie pudła, co przysporzyło wiele
roboty przy doprowadzeniu go do stanu pierwotnego.
Należy wątpić w to, że tak odrestaurowany wagon, otrzymany w prezencie
na wystawie w Niżnym Nowogrodzie, car Mikołaj II wykorzystywał do
podróży kolejowych po swoim imperium. Był dla niego raczej
sentymentalną pamiątką po jego pradziadku. Takie też były intencje
ofiarodawców odnowionej salonki, traktujących ją już jako
zabytek.
Nie wiadomo, jakie były dalsze losy tego wagonu. Można tylko żałować,
że nie dotrwał on do naszych czasów. Szkoda, że już nie można
będzie go ponownie pokazać na tle stojącego w tomaszowskim skansenie
oryginalnego pawilonu wystawowego, zbudowanego 112 lat temu przez
dyrekcję kolei warszawsko-wiedeńskiej na wszechrosyjską wystawę w
Niżnym Nowogrodzie. Tej budowli dopisało szczęście. Po wielu
perypetiach rozpoczęła ona niedawno swoje nowe, już czwarte życie,
właśnie w Tomaszowie. Jej dawne wcielenie przypominają dzisiaj
odrestaurowane pieczołowicie koronkowe elewacje, a także odtworzone
drobiazgowo elementy pierwotnego wyposażenia kolejowego Na to
oryginalne otoczenie składa się m.in. 20-metrowy odcinek starego toru z
ustawionym na szynach autentycznym wagonem towarowym z 1904 roku.
Pozwala to choćby trochę wczuć się w klimat wydarzenia, które
rozegrało się przed „naszą” stacyjką przed 112 laty daleko
za Moskwą….
Wzorem zakopiańskich willi?
Być może na Henryku Marconim nie kończy się lista słynnych polskich
architektów, związanych pośrednio lub bezpośrednio z budynkiem
kolejowej poczekalni, stojącym dzisiaj w tomaszowskim skansenie.
Niewykluczone, że do tego grona dołączy także… Stanisław
Witkiewicz (ojciec Stanisława Ignacego Witkiewicza - Witkacego). Jak
wiadomo, ten żyjący w latach 1851-1915 wybitny malarz był także
znakomitym teoretykiem sztuki i architektem. Zapisał się złotymi
zgłoskami w historii polskiej architektury jako twórca i
zagorzały propagator tzw. stylu zakopiańskiego, pragnąc go następnie
przekształcić w „styl narodowy”. Teoretyczne zasady tej
idei sformułował mieszkając na przełomie XIX i XX wieku w Zakopanem -
wówczas małej wiosce pod Tatrami i czerpiąc inspiracje z
tradycyjnej góralskiej architektury i sztuki ludowej. Swoje
teorie przekuwał w czyn, projektując piękne, drewniane wille, obiekty
sakralne i wyroby rzemiosła artystycznego.

Okazuje się jednak, że ten kojarzony raczej z Podhalem architekt miał w
swoim dorobku także projekty budowli wznoszonych daleko od gór i
na dodatek związanych z… koleją. Na ślad tej mało znanej
spuścizny architektonicznej S. Witkiewicza natrafiłem na kartach
wydanej w 1931 roku nakładem Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego
publikacji autorstwa Jana Pawlikowskiego pt. „O Styl Zakopiański
w budownictwie Zakopanego i Podhala”. Na stronie 6 opracowania,
będącego odbitką z IX Rocznika „Wierchów”, można
przeczytać: Wierzył tedy Witkiewicz, że sprawa stylu zakopiańskiego
jest sprawą wskrzeszenia pierwiastków narodowych w całej naszej
architekturze, i te wiarę podzielało z nim wielu. Kiedy zdarzyło się,
że pobudowano przed wojną oczywiście (tj. przed I wojną światową - dop
A.K.) stację kolejową na Litwie w Syłgudyszkach w stylu zakopiańskim -
(plany dał Witkiewicz, a jeździli tam nawet zakopiańscy budarze) - to
ludzie, którzy pod uciskiem moskiewskim taić musieli w sobie swe
narodowe uczucia, przychodzili z daleka oglądać ten skromny budynek,
jakby jakieś arcydzieło, i - ku zdziwieniu moskali - płakali na jego
widok, tak jak płakali niegdyś nad przemycanemi z zagranicy i
ukrywanemi starannie „Dziadami” Mickiewicza…
Na trop tej sprawy natrafiłem na skutek przekazanej mi niedawno przez
Michała Jerczyńskiego informacji o zapisanej w jakimś wydawnictwie
wzmianki o zaprojektowaniu przez Stanisława Witkiewicza również
pawilonu wystawowego kolei warszawsko-wiedeńskiej na wystawę w Niżnym
Nowogrodzie. Jak dotąd, mimo intensywnych poszukiwań, nie udało nam się
odnaleźć tego anonsu. Nie tracimy jednak nadziei, że w końcu uda nam
się do niego dotrzeć i potwierdzić to autorstwo.
A wydaje się ono dosyć prawdopodobne. Wskazuje na to choćby uderzające
podobieństwo niektórych rozwiązań konstrukcyjnych, jak i detali
z wystroju skansenowej poczekalni do takich znanych realizacji S.
Witkiewicza, jak zakopiańskie wille: „Zofiówka”,
„Oksza”, czy „Dom pod Jedlami”. Dotyczy to na
przykład zastosowanej w „naszej” poczekalni formy ganku,
wspartego na fazowanych słupach z dekoracją snycerską w postaci
gzymsików, gałek i ornamentalnych wykrojów. Podobne
analogie można dostrzec w dekoracyjnie wyciętych deskach, zdobiących
dolne części elewacji budynku. Niektórym ich kształt nieodparcie
kojarzy się ze wzorem parzenicy, wyszywanej na góralskich
portkach - guniach. Niemal takie same deseczki zdobią ganki
witkiewiczowskich willi.
Czyżby takie „przemycenie” zakopiańskich i narodowych
akcentów do architektury i wystroju tego pawilonu było celowym
posunięciem ze strony ówczesnego dyrektora kolei
warszawsko-wiedeńskiej, Karola Sulikowskiego? Jak pisałem w jednej z
poprzednich gawęd z tego cyklu, był on nie tylko wybitnym
inżynierem-mechanikiem, ale także gorącym patriotą. Brał czynny udział
w powstaniu styczniowym, odnosząc rany w bitwie pod Radziwiłłowem.
Piastując od 1883 roku stanowisko dyrektora naczelnego kolei
warszawsko-wiedeńskiej zatrudniał przede wszystkim Polaków.
Naraził się tym władzom carskim, które w końcu zwolniły go z
tego stanowiska.
Tego rodzaju argumenty zdają się przemawiać za tym, iż powierzenie
przez K. Sulikowskiego zaprojektowania pawilonu wystawowego na wielką
wszechrosyjską wystawę właśnie S. Witkiewiczowi wynikało również
z pobudek patriotycznych. Rzeczywiście, pawilon ten wyraźnie odbiegał
swoim wyglądem od innych, drewnianych obiektów zbudowanych na tę
okazję przez wystawców rosyjskich. Jak wynika z rysunków
ilustrujących prasowe relacje z tej wystawy, ich architektura
nawiązywała w większości do drewnianego budownictwa syberyjskiego. Na
ich tle pawilon dyrekcji kolei warszawsko-wiedeńskiej wyróżniał
się zgoła innym, bardziej europejskim i polskim charakterem, a to
zapewne dzięki użyciu wielu akcentów wspomnianego już stylu
narodowego.
Dopomógł „Mundzio”...
(…) Dworcem była altanka / Oszklona z kasami,/Wycięta w
koronkowy/ Ażurowy deseń./ Było to dzieło „Mundzia”/
Dziadkowego zięcia/ Kierownika odcinka,/Technika z Warszawy (…)
Taki, wierszowany wizerunek drewnianego budynku poczekalni dla
pasażerów na przystanku kolejowym „Wolbórka”
można znaleźć na kartach wydanej w 2001 roku w Warszawie książki Heleny
Makowieckiej-Sobańskiej pt. „Wolbórka Rejmentowska.
Podróż sentymentalna w przeszłość”. Autorką cytowanego
opisu jest Zofia Załęska, siostrzenica Władysława Stanisława Reymonta,
natomiast wspominany w jej wierszowanym pamiętniku
„Mundzio” to Józef Munkiewicz - szwagier
późniejszego noblisty.
Niewątpliwie był on blisko związany z ową „oszkloną
altanką”, sprowadzoną w 1897 roku na przystanek
„Wolbórka” aż z Niżnego Nowogrodu. Najpierw bowiem
J. Munkiewicz był zatrudniony jako tzw. dozorca drogowy na wiorście
111,5 Drogi Żelaznej Warszawsko-Wiedeńskiej, a później pracował
tu jako nadzorca budynków. Przekazując mi te informacje
parokrotnie wspominany w niniejszej gawędzie niestrudzony tropiciel
historii „wiedenki” - Michał Jerczyński wyraził
przypuszczenie, że swój ważny udział w pozyskaniu tego pawilonu
po wszechrosyjskiej wystawie oprócz dyrektora Karola
Sulikowskiego mógł mieć także Józef Munkiewicz,
któremu podlegały merytorycznie sprawy dworców na tym
odcinku. Niewykluczone, że jego inicjatywa spotkała się z możliwościami
byłego dyrektora „wiedenki” i na przystanku
„Wolbórka” stanął okazały pawilon wystawowy.
Istotnie, mogło tak być, gdyż J. Munkiewicz był na tym terenie osobą
znaną i cenioną za swoją społecznikowską postawę. Świadczą o tym
również zapisy poczynione w 1900 roku ręką będkowskiego
proboszcza - ks. Alfonsa Trepkowskiego w zachowanej do dzisiaj kronice
tutejszego kościoła i parafii. Opisując przystanek kolejowy
„Wolbórka” odnotował on: Bilety sprzedaje pasażerom
dróżnik kolejowy, lecz pod zarządem Majstra, technika drogowego.
Jest nim obecnie p. Józef Monkiewicz, o którym
wzmiankowałem na stronie 54-tej.
Warto zatem zajrzeć na wskazaną stronicę kościelnej kroniki, opisującą
wyposażenie plebanii. W całym proboszczowskim mieszkaniu założone
zostały dzwonki elektryczne - ofiara pana Józefa Monkiewicza,
technika drogi żelaznej Warszawsko-Wiedeńskiej, bardzo zdolnego i
zacnego człowieka, pełnego najszlachetniejszych chęci i czynów
względem kościoła w Będkowie. Za księdza Plucińskiego były już założone
dzwonki elektryczne, tylko je ten ostatni, opuszczając probostwo,
zabrał. Obecnie zaś wszystkie wyżej wyłuszczone udoskonalenia
wciągnięte zostaną do spisu - zaznaczył skrupulatnie ksiądz Trepkowski.
Wertując pożółkłe, zapełnione starannym pismem ręcznym karty tej
kroniki natknąłem się jeszcze na ciekawe informacje dotyczące
funkcjonowania tego przystanku. (…) przystanek Wolborka otwarty
jest tylko dla ruchu Osobowego. Z wyjątkiem pociągów
Kurierskich, Pospiesznych i Ekspresów wszystkie pociągi osobowe
stają. A więc i pocztowe. Dlatego też listy, korespondencje oraz gazety
nawet wprost z Redakcji adresować na Wolbórkę jako na przystanek
kolejowy można. Posyłać należy tylko po ich odbiór specjalnego
człowieka na przystanek. Towary zaś odbierać tylko można albo z
przystanku „Baby”, albo ze stacji: „Rokiciny”.
Z Będkowa do przystanku traktem idąc będzie dwie wiorsty; jeżeli zaś
zaraz od drugiego mostu udamy się przez łąki, koło młyna
Remiszewickiego będzie półtorej wiorsty - wyjaśniał ponad sto
lat temu będkowski proboszcz.
Wspominaną w kronice korespondencję pocztową można było nie tylko
odbierać, ale także wysyłać z przystanku „Wolbórka”.
Umożliwiała to zawieszona przed budynkiem poczekalni pocztowa skrzynka.
Widać ją wyraźnie na archiwalnej fotografii tego przystanku, wykonanej
na początku XX wieku, a udostępnionej Skansenowi prez obecnego
proboszcza parafii w Będkowie ks. Władysława Prycę. Na jej podstawie w
sposób niemalże drobiazgowy można było w ciągu tego roku
odtworzyć całe otoczenie przeniesionej do skansenu zabytkowej
poczekalni.
Jak się rzekło, złożył się na nie niespełna 20-metrowy odcinek
autentycznego toru, na którym stanął ponad 100-letni wagon
towarowy typu lora. Przy rekonstrukcji torowiska, wykonanej fachowo
przez najprawdziwszych kolejarzy, zadbano również o uwidocznione
na wspomnianej fotografii oryginalne elementy, jak przejście przez tor
zwane dyliną oraz zamykające go z obu stron: kozioł oporowy i płozy. Do
zrekonstruowania tych urządzeń, jak też do odtworzenia peronu
wykorzystano stare podkłady kolejowe z drewna.
Do przywrócenia niepowtarzalnego klimatu ponad 100-letniej
poczekalni kolejowej przyczyniło się także ustawienie obok niej
oryginalnej (i co ważne - czynnej) naftowej lampy przejazdowej,
umieszczonej na autentycznej szynie kolei rosyjskich z końca XIX wieku.
Podobny powrót do czasów „z myszką” umożliwia
ustawiony przed poczekalnią autentyczny, XIX-wieczny „Rozkład
jazdy pociągów osobowych na drodze żelaznej
warszawsko-wiedeńskiej”. Dołączyły do niego dwie tablice z
historycznymi nazwami kolejowego przystanku - miejsca poprzedniej
lokalizacji tej poczekalni: „Wolbórka" i
„Czarnocin". Wykonała je z wielką dbałością o historyczną
wierność firma Romana Balzera. Do kompletu wyposażenia peronu brakowało
tylko widocznej na starym zdjęciu skrzynki poczty rosyjskiej.
Nieocenionej pomocy w jej zrekonstruowaniu udzieliło skansenowi
istniejące we Wrocławiu Muzeum Poczty i Telekomunikacji. Jego
pracownicy, na czele z kierującą Działem Pocztowym tegoż muzeum - panią
Grażyną Krawczyk, odnieśli się z wielką życzliwością do prośby
pilickiej placówki o udostępnienie wszelkich materiałów
źródłowych na ten temat. W rezultacie skansen otrzymał nie tylko
liczne zdjęcia takich skrzynek, znajdujących się w zbiorach
wrocławskiego muzeum, ale także ich dokładne wymiary i rysunki
szczegółów konstrukcyjnych. Dołączono do tego jeszcze
archiwalne zdjęcia i ryciny oraz odpowiednie fragmenty rozmaitych
publikacji poświęconych historii skrzynek pocztowych. Na tej podstawie
można było pokusić się o wierne odtworzenie takiej skrzynki, włącznie z
umieszczonymi na niej napisami i symbolami.
Odpowiednią, stylową oprawę do budynku poczekalni i innych
obiektów skansenu zapewniły ustawione w tym roku fragmenty
ozdobnych, żelaznych parkanów. I one mają szacowną metrykę, gdyż
pochodzą z dawnej rezydencji carskiej w Spale, z równie starej
stacyjki kolejowej na Jeleniu, jak też spod zbudowanego w 1927 roku
gmachu tomaszowskiego magistratu. Przeniesienie do skansenu i
ustawienie w nowej roli po pieczołowitej renowacji, pozwoliło je ocalić
(nieraz w ostatniej chwili) przed wysłaniem na złom…
Ostatnim z tegorocznych zabiegów przyczyniających się do
uporządkowania i upiększenia terenu skansenu było dokonane w końcu
listopada położenie nawierzchni z kostki granitowej na centralnej alei
oraz na peronie pod poczekalnią. Prace te wykonano w ramach inwestycji
Urzędu Miasta. Wykonująca je tomaszowska prywatna firma Krzysztofa
Kołaczkowskiego „Toko” przy okazji sprezentowała skansenowi
granitowe alejki do ogródka w stylu retro obok zabytkowej
poczekalni kolejowej. Zostanie on upiększony stylowymi klombami i
kwietnymi rabatami na przyszłoroczny sezon.
Warto na koniec podkreślić, że te i inne prace rekonstrukcyjne i
estetyzacyjne, wykonane w tym roku w Skansenie Rzeki Pilicy zostały w
dużej części sfinansowane ze środków własnych tej
placówki, uzyskanych m.in. ze sprzedaży biletów, a także
organizacji lekcji muzealnych i imprez plenerowych. Cennym wsparciem
dla tych przedsięwzięć było wsparcie finansowe udzielane skansenowi już
od dwóch lat przez jego głównego sponsora - Ceramikę
Paradyż. (cdn.)
Andrzej Kobalczyk
----
|