baner tit


 
 

35 lata Zalewu Sulejowskiego.

Ciągle w zielone gramy 



Maszt instalacji alarmowej.




Do większości zbiorników wody pitnej w Polsce istnieje ograniczony dostęp. Bywają ogrodzone siatką lub wysokim płotem. Przed tamą stoją znaki zakazu ruchu i opuszczony szlaban. Strażnik pojawia się natychmiast, gdy w okolicę zbiornika zabłądzi ciekawski turysta. Do Zalewu Sulejowskiego dostęp od zawsze mieli wszyscy i niemal w każdym jego punkcie. Do dziś autami można dojechać nad samą wodę. Nad zalewem ludzie mieszkają, odpoczywają i handlują.

Zbiornik wody pitnej
Już w 1959 r. Biuro Projektów Wodnych Melioracji w Poznaniu projektowało na Pilicy, najdłuższym lewobrzeżnym dopływie Wisły, powstanie zbiornika wodnego funkcjonującego dla potrzeb rolnictwa. W 1967 r. powstał projekt wstępny zbiornika zaopatrującego w wodę rozwijającą się w szybkim tempie Łódź. Projekt odsuwał potrzeby rolnictwa na drugi plan. Roboty zasadnicze rozpoczęły się w maju 1970 r. Budowano jednocześnie zbiornik oraz ujęcie wody i rurociąg do Łodzi.
Samo wymienienie nazw instytucji zaangażowanych w budowę zalewu zajęłoby na łamach gazety sporo miejsca. Inwestorem głównym był Zarząd Inwestycji Zabudowy Dorzecza Wisły Środkowej w Smardzewicach. Od stycznia 1973 r. wszedł on w skład Okręgowej Dyrekcji Gospodarki Wodnej w Warszawie. Na budowie pracowało 19 większych wykonawców. Współpracowało ok. 60 dostawców. Budowa Zalewu Sulejowskiego trwała 4,5 roku.
W pierwszym etapie, pod osłoną grodzy wybudowanej na prawym niskim brzegu rzeki, wykonano roboty betonowe jazu i elektrowni. Zamontowano m.in. zamknięcie główne jazu. Wykonano zaporę prawobrzeżną i część lewobrzeżnej poza korytem rzeki. W drugim etapie, po zatopieniu dołu budowlanego i rozebraniu części grodzy, przegrodzono koryto Pilicy, kierując wodę na jaz. Zamontowane też zostały podzespoły elektrowni. W trzecim etapie zabetonowano otwory w jazie do przepuszczania wody budowlanej, puszczając wodę przez spusty denne i zakończono sypanie zapory.



W trakcie budowy dno zbiornika uszczelniono folią.

Na początku projekt zakładał, że zalew powstawał będzie w dwóch etapach. W rzeczywistości realizację projektu zakończono na pierwszym etapie. Drugiego, ze względu na brak środków,  nigdy nie rozpoczęto. Wiele lat temu odstąpiono od pomysłu. Zakładał on m.in. budowę drugiej, niewielkiej zapory przy ujściu Luciąży. Zatrzymanie budowy zalewu na pierwszym etapie ocaliło ok. 300 ha lasów przed wycięciem. Ciekawostką jest też to, że w zamysłach było połączenie zalewu z rzeką Ner. Miało to nastąpić w wyniku wybudowania kanału. Ten pomysł też nie wyszedł poza sferę planów.
Oficjalne oddanie zbiornika do eksploatacji nastąpiło w grudniu 1973 r. Na tę okoliczność przyjechał do Smardzewic I sekretarz Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, Edward Gierek. Włączył generator prądu do sieci państwowej. W rzeczywistości włączenie miało charakter symboliczny - generator wymagał wcześniejszej synchronizacji. Ale takie pokazy uwielbiają politycy do dziś.
W fazie projektowania „usytuowano" na brzegach zalewu tzw. jednostki osadnicze: turystyczne, sportowe, wypoczynkowe (w skrócie JOR-y). Docelowo miały być cztery. Plany zakładały stworzenie bogatej infrastruktury rekreacyjnej wokół zbiornika.
Na etapie projektowania wszystko wygląda bardzo ładnie. Każdy kawałeczek ziemi przypisany jest do gospodarza i ma wyznaczoną funkcję. W efekcie te pomysły pozostają tylko na makietach. Tak było przynajmniej w przypadku naszego zbiornika.
Po rozpoczęciu eksploatacji zalewu priorytetowym zadaniem było zapewnienie bezpieczeństwa ludzi. Początkowo w razie awarii nie było żadnej możliwości zamknięcia odpływu wody. Pierwsze działania polegały na budowie zastawek remontowych, które w razie uruchomienia pozwalały, by woda wypływała jedynie dołem, czyli przez elektrownię. W następnych latach wybudowano system ostrzegania składający się z ośmiu lokalnych stacji alarmowych wraz z komputerowym systemem sterowania umieszczonym w Nadzorze Wodnym. Na skutek spięcia w sterowni system zadziałał latem 2006 roku, wywołując spore zamieszanie. Jeśli nie panikę, to przynajmniej popłoch wśród licznej grupy mieszkańców Smardzewic, jak również Tomaszowa.

Zalew się kurczy
W pierwotnych założeniach zbiornik miał być ciągle pogłębiany. W miejscu obecnego portu „U Marusia" stacjonowała pogłębiarka, która latem płynęła w górę zalewu i wyciągała piach z dna. Ze względów technicznych (mnóstwo karp) i ekonomicznych (duży koszt - mały efekt) zrezygnowano z tej technologii. Przekopy wykonywano też sprzętem lądowym. Ciągle jednak brakowało pieniędzy na ten cel. Kosztownych prac pogłębieniowych zaniechano w połowie lat osiemdziesiątych.
Na zbiorniku zamontowanych jest 36 stałych przekrojów. Na nich odbywają się systematyczne badania przemieszczania osadów i kształtu dna. Szczegółowe badania wykonywane są co 5 lat. Z badań sprzed 5 lat wynika, że zbiornik ma obecnie pojemność o ok. 1,5 mln m3 mniejszą niż na początku. Do zbiornika każdego roku wpływa ok. 30 tys. m3 piachu. Mnożąc tę wielkość przez 35 lat istnienia zbiornika można uznać, że bilans „zasypywania zbiornika" z grubsza się zgadza. Do tego dochodzi jeszcze „heblowanie", czyli abrazja brzegów przez wodę - szczególnie prawego. Każdego roku miejscami, wolno i systematycznie woda zabiera od 3 do 5 m brzegu.
Na ścianie budynku siedziby Nadzoru Wodnego w Smardzewicach wisi schemat ukazujący w przekroju stan wody zalewu w minionych 35 latach. Jedno spojrzenie wystarczy, by wiedzieć, kiedy groziła wielka powódź, a kiedy zbiornik niemal wysychał. Obniżenie poziomu wody widać też wówczas, kiedy… pracownicy nadzoru wykonywali remonty, malowali klapy, a prace te wymagały maksymalnego obniżenia lustra wody. Od 1983 r. średnie przepływy roczne są niższe niż, gdy zalew powstał. Zalew się wypłyca, wyrównuje się dno. Ilość wody dopływającej do zbiornika wciąż maleje. Nie ma to nic wspólnego z samym zalewem, ale z ogólną sytuacją (suszą) hydrologiczną w kraju.

Kto pilnuje zalewu?
Nadzór Wodny w Smardzewicach to jednostka zatrudniająca zaledwie 20 osób. Część pracuje w Sulejowie przy obsłudze trzech przepompowni. Reszta w Smardzewicach. Do zadań Nadzoru Wodnego należy przede wszystkim zapewnienie należytego stanu technicznego i bezpieczeństwa budowli i urządzeń hydrotechnicznych, gospodarowanie wodą zbiornika, regulowanie stanu wody, przekazywanie ostrzeżeń o zagrożeniach powodziowych i sterowanie falą powodziową.
Nadzór Smardzewice obejmuje Pilicę od Koniecpola do Nowego Miasta na długości 184 km, w tym zalew. W nadzorze jest też zlewnia Pilicy do Nowego Miasta, tj. 6700 km kw. Obecna gospodarka wodna kieruje się ku temu, by wszelkie działania prowadzić w obrębie zlewni danej rzeki. Czyli jedna zlewnia - jeden gospodarz. Pilica leży w obrębie zlewni Wisły. Stąd obecna nazwa instytucji, pod której nadzorem jest Zalew Sulejowski brzmi: Zarząd Zlewni Wisły Mazowieckiej. Do tej pory dopływami Pilicy zajmowały się zarządy melioracji. Do tego dochodziły jeszcze interesy gmin i nadleśnictw. W czasie gdy projektowany był słynny, choć niechlubny, program Pilica, doliczyliśmy się 21 podmiotów mających interes prawny względem naszego zbiornika. Od samorządów poczynając, na stowarzyszeniach kończąc. Zadania Nadzoru Wodnego, mimo zmian nazwy, od początku do dziś pozostawały te same.
Rocznie utrzymanie zalewu kosztuje ok. 0,5 mln zł.
Jest jeszcze elektrownia usytuowana w zaporze. Należy ona do grupy małych elektrowni wodnych. Obecnie produkuje 3,5 MVA prądu wysyłanego do państwowej sieci.
Produkowany w Smardzewicach prąd, średnio 16 GWh rocznie, już po pięciu latach zwrócił koszty budowy Zalewu Sulejowskiego. Gdyby choć część pieniędzy uzyskiwana każdego roku ze sprzedaży prądu mogła być inwestowana w zbiornik, to zarówno on, jak i jego okolica byłyby piękne, bogate w infrastrukturę rekreacyjno-turystyczną, a woda byłaby… czysta.

Powodzie i inne zagrożenia
Zadaniem zalewu była i jest ochrona terenów wzdłuż Pilicy poniżej zapory przed powodziami. W zasadzie zadanie to jest realizowane. W historii zbiornika były jednak lata, w których napór wody nie całkiem dało się zatrzymać. - Problem sprowadza się do analizy sytuacji i warunków zewnętrznych. Jako nadzór „nie widzimy" tego, co dzieje się w najwyższym biegu Pilicy - mówi Tadeusz Bienias, kierownik Nadzoru Wodnego w Smardzewicach. - Właściwie monitorujemy przepływy, poczynając od Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Od momentu stwierdzenia, że gwałtownie rośnie poziom wody górnej Pilicy mamy trzy dni, aby przygotować zbiornik na przyjęcie wielkiej wody. W normalnych warunkach prowadzimy zbilansowany przepływ, czyli mniej więcej tyle samo wody przyjmowanej musi zbiornik opuszczać. Żeby przechytrzyć powódź, zwiększone ilości wody trzeba zrzucać zanim zacznie się napór wody z góry rzeki. Bywa, że nie ma ku temu podstaw, bo rzeka „czai się" do ostatniej chwili. Potem wszystko dzieje się gwałtownie. Pierwszy wodowskaz w Przedborzu znajduje się na 200 km rzeki, 70 km od zalewu.



Zapora w Smardzewicach. Właściwie nie wiadomo, czemu nazwa
zalewu nie pochodzi od miejscowości, w której powstała tama.


Pierwsza poważna powódź i egzamin dla zalewu i zapory miały miejsce zaledwie dwa lata po jego powstaniu. Kolejna wielka woda pojawiła się w 1982. r. Ostatni raz działo się to w 2001 r.
- Momentami przepływ wynosił 220-230 m3/s. Przebywając na najniższym poziomie jazu, czuć było drgania wysysanego powietrza, podciśnienie i huk przepływających na głową ton wody. Nie brakowało ciekawskich, wchodzących na tamę i sprawdzających, co się dzieje - mówi Tadeusz Bienias. - Nigdy na szczęście nie było realnego zagrożenia dla zapory.
Raz ciężarowy samochód wojskowy wpadł na barierki. Gdyby spadł w dół, na klapę, mógłby ją poważnie uszkodzić. Na szczęście zatrzymał się na latarni.
Druga niebezpieczna sytuacja to samolot wojskowy Iskra, który w lutym 1982 r. rozbił się o zaporę. Mały fragment samolotu wciąż można podziwiać w siedzibie Nadzoru. Pilot zdołał się wcześniej katapultować i wylądował w porcie. Niestety, nie przechytrzył losu. Zginął w ubiegłym roku w katastrofie samolotu wojskowego CASH w Mirosławcu.

Sinice
- Nadzór Wodny zajmował się zawsze remontami, stanem budowli. Nigdy nie jakością wody - przyznaje Tadeusz Bienias.
Właściwie trudno ustalić, kiedy sinice zaobserwowano po raz pierwszy w naszym zalewie. Może był to koniec lat 80? Wówczas było to całkiem niewinne zjawisko. Stężenie zielonych niteczek nie budziło obaw i niepokoju.
- Pamiętam jak w 1995 r. popłynęliśmy w górę zalewu. Rzuciłem spinning i blacha nie wpadła do wody. Zatrzymała się na zielonym kożuchu pokrywającym lustro wody. Sinice zaczynały opanowywać zalew - wspomina Tadeusz Bienias.
- Imaliśmy się różnych metod walki z tym paskudztwem. Jednego roku, gdy zgromadziły się w ogromnych ilościach przy tamie, postanowiliśmy je zrzucić górą, opuszczając klapę. Ściany i klapy jazu trzeba było później czyścić przez tydzień.
Szukanie rozwiązań walki z sinicami na razie okazuje się bezskuteczne. Naukowcy ostrzegają, że wszystkie działania nastawione na doraźny efekt mogą być bardzo kosztowne, ale mało skuteczne. Zasadniczą sprawą jest zahamowanie źródeł zanieczyszczenia. Trzeba więc walczyć o to, by podnieść jakość wpływającej do zalewu wody oraz by z okalających zbiornik pól i szamb przestały spływać do niego ogromne, ale wciąż nierozpoznane w swej masie związki azotowe.
Cudownych substancji, bakterii (niszczących, wchłaniających, zżerających sinice), póki co, nie ma. Warszawski zarząd firmy zamierza pozyskać środki unijne z programu „innowacyjna gospodarka" na zatrzymywanie zanieczyszczeń przesiąkających przez grunt do zbiornika. Mają się tym zająć łódzcy ekohydrolodzy. W zamierzeniu jest także maksymalne obniżenie lustra wody w zalewie, a następnie mechaniczne oczyszczenie wyłonionych brzegów z zalegających na nich warstw martwych sinic. Środki na ten cel RZGW wygospodaruje z własnych zasobów na działania statutowe. Ostatnio zalewem zajął się Urząd Marszałkowski. Na razie nie wiadomo, czy debata jaka odbyła się podczas sesji sejmiku przerodzi się w konkretne decyzje, a następnie działania. Wójtowie gmin będą pozyskiwać środki na budowę kanalizacji, władze Sulejowa zmodernizują oczyszczalnię ścieków, do finansowania zamierzeń włączy się WFOŚ.

Ludzie
Największy rozkwit rekreacji nad zalewem nastąpił w latach 80. Władze lokalne ograniczały jeszcze zabudowę trwałą na brzegach. Turyści podjeżdżali, czym kto dysponował, niemal pod samą wodę. Opalali się, kąpali, gotowali. Za potrzebą szło się w krzaki i do wody. Napływowi ludzi nie towarzyszył rozwój infrastruktury. Kontenery na śmieci gminy ustawiają mniej więcej od 10 lat i to niechętnie. Jedynie Nadzór Wodny systematycznie sprząta pas brzegu od zapory do mola. „Toi-toiki” pojawiły się jakieś 3-4 lata temu. O reszcie trudno w ogóle mówić.
Najwięcej ludzi gromadzi się w Zarzęcinie, Barkowicach, Bronisławowie i przy samej tamie. W lasach wyrosły osiedla daczy. Ładny domek, ogrodzony teren, nasadzenia, na domku często antena satelitarna. A za domkiem dół chłonny…
W pierwszych latach zalew ściągał mnóstwo ludzi. Na plaży, między tamą a molem, człowiek leżał przy człowieku. Radość z dużej wody nie szła niestety w parze z umiejętnością korzystania z niej. W 1985 r. woda pochłonęła 11 ofiar. Z czasem ludzie stali się jednak ostrożniejsi. W ostatnich latach w ciągu roku odnotowywane są jeden, dwa tragiczne wypadki utonięcia.

Przyszłość
- Istnienie zalewu jako zbiornika wody jest niezagrożone - uważa Tadeusz Bienias. - Oczywiście konieczny jest wręcz obligatoryjny nakaz budowy oczyszczalni, choćby lokalnych, oraz wykorzystanie rozwiązań z programu „Pilica”. Natychmiast zmniejszy się dopływ ścieków. Wiem, że są pieniądze na rozwiązania ekologiczne, które otrzymać ma Uniwersytet Łódzki. Sprawą zalewu zajął się ostatnio Urząd Marszałkowski. Pojawiają się firmy, naukowcy, również zagraniczni, którzy chcą, nawet za własne pieniądze podjąć się ratowania zalewu. Miejmy nadzieję, że wszystko razem przyniesie rezultaty. Wrogiem jest, niestety, susza hydrologiczna.
Wierzę, że Unia Europejska pomoże nam prowadzić prawidłową gospodarkę ściekową. Być może należy zmniejszyć pojemność zbiornika, by przynajmniej raz w miesiącu wymieniała się w nim całkowicie woda.
Tadeuszowi Bieniasowi, który trzydzieści lat pracy zawodowej poświęcił Zalewowi Sulejowskiemu trudno wyobrazić sobie kres zbiornika. Podobnie jest z mieszkańcami Tomaszowa i okolic. Większość z nich już nie pamięta regionu z czasów „sprzed zalewu”. A przecież to sztuczny zbiornik i kiedyś nadejdzie jego kres. Jak na 35 lat, ma się dość marnie, bo, nie oszukujmy się, nie najlepiej się przez te lata prowadził. W tym wieku można jednak zadbać jeszcze o lepsze zdrowie. Potrzebna jest tylko gwałtowna terapia, np. dializowanie, a potem żmudna profilaktyka.
Agnieszka Łuczak

Zalew Sulejowski powstał przez spiętrzenie Pilicy zaporą zlokalizowaną na 137,1 km rzeki w Smardzewicach.
Pojemność zalewu:
- całkowita - 77,4 mln m3
- użyteczna - 61,7 mln m3,
- martwa 15,7 mln m3.
Rezerwa powodziowa - 9 mln m3.
Powierzchnia zalewu (przy normalnym poziomie piętrzenia) 19801980 ha,
średnia szerokość - 1,5 km,
maksymalna długość - 18 km
przepływ nienaruszalny - 11,08 m3/s
przepływ nieniszczący - 150 m3/s.

***
Długość zapory wynosi 1200 m. Maksymalna wysokość - 16 m. Korona zapory ma szerokość 10 m. Biegnie po niej droga wojewódzka.
Foto - Tadeusz Bienias.
Dane techniczne pochodzą z z wydawnictwa „Zbiornik wodny Sulejów" wydanego przez Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej w Warszawie.




Tadeusz Bienias, kierownik Nadzoru Wodnego.
30 lat pracy zawodowej poświęcił Zalewowi Sulejowskiemu.


----


 


Umożliwiliśmy Państwu komentowanie artykułów.
Treść komentarza przesyłana jest za pośrednictwem formularza bezpośrednio ze strony.
Umieszczenie Państwa opinii na stronie TIT on-line odbywa się każdego dnia
w godzinach popołudniowych.

Skomentuj artykuł

 

 

  pasek dolny